Blog
W drodze
Zbyszek
Zbyszek Chyba pielgrzymem
29 obserwujących 788 notek 577087 odsłon
Zbyszek, 6 kwietnia 2017 r.

Chrześcijaństwo jako zbiór nakazów, zakazów i powinności

247 26 0 A A A

***
Zastrzeżenie:
Niniejszy tekst to niepoważny zbiór luźnych myśli.
Eksperyment, który w żadnym wypadku nie rości sobie pretensji do bycia prawdą.
***

Nie będziesz miał bogów cudzych przede mną. Nie będziesz wzywał...Pamiętaj, abyś... Czcij... Nie zabijaj. Nie... Nie... Nie... Nie...

To język przykazań. Język wszystkich religii mojżeszowych: judaizmu, chrześcijaństwa i islamu. Język powinności, nakazów i zakazów. W praktyce rozrasta się on i kwitnie, bo taka właśnie jest zasada, charakter i istota sposobu wyznawania religii. Nie od rzeczy Faryzeusze pytali Jezusa, które przykazanie w prawie jest najważniejsze. Było ich (tych przykazań w prawie) kilkaset.

Ten sposób formułowania treści religijnych nie wydaje się jakimś obiektywnym językiem Pana Boga, ale prędzej wyrażeniem pewnego przekazu w języku, pojęciach i kulturze ludzi, do których przekaz ten miał docierać. Stąd, jacy są mieszkańcy, do których kierujemy przekaz, taka musi być jego forma. Musimy mówić ich językiem, językiem ich pojęć, ich wartości, ich rozumienia świata. Inaczej nic by nie dotarło.

Wydaje się uprawnionym wniosek, że pewne pojęcie o języku wartości i sposobie postrzegania świata przez ludzi, wśród których narodziły się religie mojżeszowe, dają dzisiejsze przykłady prób wdrażania demokracji na bliskim wschodzie. Otóż... to nie działa. Ci ludzie w obliczu wolności nie robią z niej żadnego innego użytku, poza eskalacją przemocy, krzywdy, nieprawości, wojen religijnych. Jedynym systemem jaki zdaje się zapewniać stabilność tamtejszych społeczeństw jest (wciąż?) system silnej, brutalnej wręcz władzy. Ci ludzie nie rozumieją języka operującego słowem "możesz", języka wolności. Oni rozumieją tylko język mówiący słowem "musisz", język poddaństwa i przymusu.

Stąd więc być może pewien charakter tych religii, w tym (w pewnej mierze) również chrześcijaństwa, jakim je znamy z najczęstszych kontaktów. Nie będziesz chodził do sklepu w niedzielę. To grzech. Urażasz w ten sposób Pana Boga. Nie wspominając już o zjedzeniu mięsa kaczki w piąty dzień tygodnia. To grzech. Obraziłeś. Żeby tak mięso makreli albo rekina. Inna sprawa. Listę rzeczy zakazanych i nakazanych, tego, co masz w życiu i powinieneś robić, tego, jak się powinieneś zachowywać, będą rozszerzać, uszczegóławiać i podawać ci upoważnieni i koncesjonowani przedstawiciele Pana Boga. Oczywiście językiem nakazów, zakazów i powinności.

I mniejsza o to, że często mają rację. Bo te zakazy i nakazy dotyczą spraw, postaw i zachowań, które są (często powszechnie i niezależnie od wyznania) akceptowane jako właściwe, korzystne i dobre. Kłopot jest w formie i w języku, który nie jest językiem wolności, a przymusu.

Ten kłopot najlepiej chyba przejawia się w przykazaniu miłości. Bowiem "będziesz kochał". Miłość z natury rzeczy może istnieć tylko w wolności. Jeśli kochasz kogoś, bo tak ci nakazano, bo się do tego zmuszasz, bo tak zdecydowałeś, to jest to jeden rodzaj miłości. Ale jeśli NIE MUSISZ, jeśli nie masz tu ŻADNEJ powinności, a kochasz, to jest to zupełnie inny rodzaj miłości. Przecież nonsensem (poza patologiami) jest przykazywać matce, by kochała dziecko. Absurdem jest oczekiwać by miłość chłopaka zafascynowanego dziewczyną pochodziła z nakazu. Taka miłość jest owocem wolności. Ale podszept semickich społeczeństw jest taki, że wolności nie wolno ufać, bo spójrzcie, co się dzieje, gdy tamtejsi ludzie stają się wolni.

Zaadoptowaliśmy, tamten przekaz, tamtą formę, tamten sposób patrzenia na rzeczywistość i życie. I stąd sami odczuwamy opory, bo przecież nikogo nie trzeba namawiać, do kochania pięknej kobiety, do kochania dzieci, do kochania kogoś kogo pragniemy i kto nas kocha.Jeśli jest nakaz, to znaczy, że jego przedmiot jest "niesmaczny". Jest jak gorzka pigułka, którą musimy koniecznie połknąć dla własnego zdrowia i dobra. Na nakaz krzywimy się, ale mobilizujemy się. Nakaz automatycznie czyni przedmiot nakazu - nieatrakcyjnym, nieprzyjemnym, niechcianym w naturalnych warunkach.

Ostatecznie życie zaczynamy traktować jako ciężką pracę, a nie pełną przygód podróż. Wartości jako obowiązki, które musimy wykonać, a nie jako szanse, które się przed nami otwierają. Ludzi i ich potrzeby jako obciążenie, a nie jako pole do popisu. Tak naprawdę gorzkniejemy i stajemy się dla innych obciążeniem, bo życie i interakcje rozumiemy jako narzucanie woli. Właściwej woli. Słusznej woli. Tej woli, którą my poznaliśmy i którą drogą nakazów, gróźb, przymusu i potępienia pragniemy, by realizowali i inni. Zaczyna się gra o kontrolę i władzę nad ludźmi, gra zawsze stawiająca niżej drugiego człowieka, bo wartością już nie jest sam człowiek i to, co między ludźmi, tylko nakazy i powinności, którym wszyscy mają służyć, a które my znamy.

I tak dochodzi do odwrócenia sensu religii, przynajmniej chrześcijańskiej. Bo chrześcijaństwo to nie jest niejedzenie mięsa w piątek i celebracje nabożeństw, jak to jest szeroko (i nie bez przyczyn) rozumiane. Chrześcijaństwo to miłość. A miłość na pierwszym miejscu stawia przedmiot miłości. Pragnie - dla tego, którego kocha - wolności, szczęścia, radości. Tego pragnie dla nas Bóg. To zniekształcamy, operując językiem nakazów i zakazów, tworząc kaniony tego, co wolno i nie wolno, postrzegając życie, rzeczywistość i religię w ten specyficzny, właściwy dawnym mieszkańcom bliskiego wschodu, sposób.


Skomentuj Obserwuj notkę Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Tematy w dziale Społeczeństwo