W toczącej się kampanii prawyborczej w USA, pojawił się nowy element. Rick Santorum zwyciężył jednocześnie w trzech stanach i stał się poważnym kandydatem do wyścigu o fotel prezydenta USA. Wydawało się dotychczas, że bitwa o to, kto będzie reprezentował republikanów w staciu z Obamą, rozegra się między milionerem Romneyem, a starym politycznym wygą - Gingrichem. Tymczasem outsider skazany na porażkę, w świetnym stylu wychodzi na prowadzenie.
Cóż to oznacza dla Ameryki i cóż to oznacza dla Polski. Otóż przypomnijmy, republikanie wybierają spośród czterech kandydatów, tego który będzie walczył z Obamą. Tym czwartym nie wspomnianym wyżej jest Ron Paul, 67 letni kongresmen z Teksasu. Podstawowe znaczenie dla Ameryki ma rodzaj wyboru przed jakim stoi to państwo.
Ameryka może wybierać pomiędzy "napadnę na Iran" Romneyem, a "zniszczę Iran" Gingrichem, a "nie cofnę się przed niczym "Santorumem". Do wyboru pozostanie jeszcze "zaatakowałem Libię i jak Iran da mi powód to go też zaatakuję" - Obamą. Podobnie wybór wygląda w zakresie inwigilacji społeczeństwa czy wprowadzenia "de facto" stanu wojennego czyli dopuszczenia by służby wojskowe mogły bez wyroku więzić każdego przez dowolny czas.
Wszyscy możliwi kandydaci poza Paulem, pragną zbrojeń i wydatków zbrojeniowych, a cięcia widzą wyłącznie w odniesieniu do proponowanych wzrostów, co przekłada się na wzrost mniejszy lub większy.
Do czego więc sprowadza się wybór, skoro nie sprowadza się do polityki zagranicznej, polityki monetarnej, polityki zadłużeniowej, czy swobód osobistych? Ano do tego samego we wszystkich republikach medialnych na świecie. Czy jesteś bardziej czy mniej za homoseksualistami. Czy chcesz żeby adoptowali wyłącznie chłopców, czy dopuszczasz też dziewczynki. (Rick Santorum jest tutaj sztandarowym czarnym charakterem).
No może jeszcze, który ładniejszy. W tym kontekście interesująco wygląda wywiad jakiego udzielił amerykański naukowiec polskiego pochodzenia p. Binienda, który zaapelował o międzynarodową komisję w sprawie wyjaśnienia katastrofy w Smoleńsku.
Panu Biniendzie wypada przypomnieć, że dziesiątki i setki naukowców amerykańskich, kwestionuje wyjaśnienie zawalenia się WTC oraz uszkodzeń Pentagonu w następstwie ataku terrorystycznego. Naprawdę. Mają niezbite dowody, że wyjaśnienie rządu USA w sprawie śmierci blisko 3 tysięcy obywateli - jest nieprawdziwe. Skoro USA same nie są w stanie wyjaśnić własnej katastrofy (o śmierci JFK nie wspominając) skąd u licha pomysł, że wyjaśnią naszą?
Populacja Ameryki coraz bardziej przypomina naszą polską i europejską. Jedyny dopuszczalny (przez starszych i mądrzejszych) spór polityczny można prowadzić o du*ę Maryni, albo Mariana. Reszta jest poza dyskusją bo obywateli obchodzi już tylko du*a. Co może i dobrze, bo jakby wszyscy na serio zaczęli rządzić, to mogłaby wyjść z tego Somoza i i baza księżycowa USA na Księżycu, co ją chciał zakładać Gingrich, nieświadom, że jego uwagi o FED, spowodują pewien dyscyplinujący spadek poparcia.
Wybory przestają być narzędziem obywateli w rządzeniu państwem, stają się za to iluzją wyboru niezbędną do utrzymania obywateli w przeświadczeniu, iż są autorami systemu w którym żyją.


