Kto zamieszkuje obszar geograficzny położony pomiędzy Odrą a Bugiem oraz Tatrami i Bałtykiem? Czy jest to ludność polska? Czy są to Polacy? Czy jest to Naród Polski?

Czy wspólnota języka i pochodzenia jest rzeczywiście wspólnotą? Czy istnieje Naród Polski albo jak chcą bardziej postępowi Społeczeństwo Polskie, które jest podmiotem, a więc źródłem zamiarów, poglądów, oczekiwań i działań?

Wydaje mi się, że nie. Nie ma żadnego Narodu Polskiego. Nie istnieje żadna samoistna wspólnota, poza tą, która wynika z form organizacji życia społecznego – a więc z instytucji. Instytucje jako efekty tworzenia się wspólnoty istnieją i działają jeszcze długo po tym, jak przyczyny wiązania wspólnoty zanikły i są już nieobecne.

Oglądamy Parlament, Urzędy Wojewódzkie i Marszałkowskie niczym przykłady antycznej architektury, czegoś obcego choć ciekawego – wciąż służące swoimi budynkami jakimś sprawom. Traktujemy je jako zastany folklor, albo jako „siedziby” „ich”, tych rządzących nami, w jakiś niewytłumaczalny sposób, siłą inercji, mechanizmami zapomnienia znajdujących się za płaszczyznami biurek.

Miarą istnienia Narodu lub Społeczeństwa, probierzem jego życia i realności jest wspólnota jego poglądów i oczekiwań. To wspólnota mitów i wierzeń tworzy niewidoczną tkankę społeczeństwa, która owocuje formami organizacji tegoż. To owo MY chcemy, MY uważamy, MY pragniemy. To również pozytywna samoidentyfikacja na tle otoczenia.

Tego wszystkiego między Bugiem a Odrą już nie ma. Można zachodzić w głowę, o przyczyny tego stanu rzeczy. Można wzorem publicystów doszukiwać się go w pochodzeniu społecznym większości ludności. Można zaprzeczać i miotać gromy, zabezpieczając własne zupełnie osobiste pragnienie fikcji i przynależności do fikcji.

Rozbiory Polski. Czyż nie stały się za przyzwoleniem Polaków? Czy to nie za ich zgodą? Czy zatem zgoda na rozbiór nie była jawnym dowodem braku pozytywnej samoidentyfikacji, braku istnienia wspólnoty? Czy nie była dowodem na to, że ludność polskojęzyczna to zbiór odrębnych egoizmów?

Powstania. Powstania przeczą tezie o braku Narodu Polskiego. Skrajne bohaterstwo, wypisane krwią i ofiarą życia marzenie. Marzenie o Polsce. Tylko Naród potrafi tak marzyć. Jednak powstania były w większości dziełem elit. Elity to ludzie specjalnie ukształtowani. Mający specjalne postawy życiowe. Poprzez Kościół, poprzez Rodzinę, poprzez Tradycję.

Elity to sól ziemi porywająca swoim przykładem i życiem pozostałych. Przynosząca na ziemię wielkie słowa i marzenia. O tym, że jest coś większego niż własna korzyść. O tym, że można poświęcić swoje życie dla innych, dla dobra wspólnoty. O tym, że są rzeczy większe niż to zabiegane i zatroskane „ja”.

Elity polskie decyzją wrogów Polski zostały fizycznie zamordowane. Teraz elitą jest Pan, który odmawia ich tragedii zbyt ostrych określeń. Tu wylądowaliśmy. Elity zostały też wytracone decyzjami szaleńców politycznych jakimi byli bezpośredni decydenci wybuchu Powstania Warszawskiego. Krwią najlepszych Polaków chcieli ocalić Polskę.

Gdy zapadła noc kłamstwa, małości i podłości, czas dewiacji cnót i gloryfikacji najgorszych wad, reszta po prostu przetrwała. Nie bez wstrząsów. W tej nocy, jakby z tej minionej hekatomby elit budziło się marzenie. Marzenie o wolnej Polsce. „Ojczyznę wolną racz nam wrócić Panie” śpiewali Polacy w Kościołach na przekór machinie zła, którą tworzyli ich rodacy tuż za załomem, tuż za rogiem szarego budynku, tuż za ścianą przepełnionego mieszkania.

Ta noc skończyła się zdumieniem. Zdumieniem „ich”. Okazało się, że w wolnym decydowaniu Polacy stworzyli wspólnotę. Wspólnotę przeciw swoim rodakom, przeciw sługom zła, namiestnikom ciemności, wspólnikom morderców, oprawcom marzeń. Pojawił się jakby promień słońca, jakby echo Powstania, jakby uśmiech opatrzności, nadzieja. Polacy – coś POWIEDZIELI.

Maskowane przerażenie w oczach aktorów wynajętych przez otchłań, aktorzy przysłaniali jak umieli. Łamało ich serca, i dusze. Okazało się że mimo całej przemyślnej konstrukcji, mimo finezyjnej i jedynej możliwej transakcji, paktu ze złem którego byli stroną; zamiast ojcami Polski stali się jej grabarzami. Wrogami marzenia, nieprzyjaciółmi aspiracji i pragnień.

Trzeba było jakoś te pragnienia i marzenia upupić. Rozmontować, rozłączyć, obrócić w proch. Inaczej... kimże byliby Oni i czymże to co zrobili? Językiem gazet, oknami telewizorów, twarzami naszych bohaterów Wałęsy, Mazowieckiego, Michnika, Kuronia i wielu wielu innych zaczęli swoją podłą pracę. Wynagradzaną co prawda. Garścią srebrników. Drobinami ochłapów jak mieszkanie u Szwaba.

Spisali się dobrze. W sumie ludziom wystarczy rzucić w tłum trochę mięsa gdy go brak. Wyjdą z nich „pierwotne instynkty”. Wystarczy stworzyć system i mechanizm, na wzór tego czego Sami doświadczyli, tylko korzyść się liczy. Tak załogi sprzedawanych przedsiębiorstw zgadzały się na ich sprzedaż a grupy zawodowe wywalczały przywileje, przecież kosztem całej reszty.

Staliśmy się ludnością polskojęzyczną. Sporą grupą ludzi walczących o swoje własne egoizmy przeciw innym. Nie posiadamy wspólnych marzeń. Nie czujemy się lepsi od otoczenia. Nie chcemy niczego poświęcać dla wspólnoty, bo wspólnota w wymiarze grup i ludzi działa przeciwko nam. Kto silniejszy ten lepszy. Ci z nas, którzy są odważniejsi i bardziej przedsiębiorczy, ci którzy jednocześnie nie odnaleźli się w porządku III RP wyjechali. Do zwykłości i normalności życia. Do odrobiny poprawy. Wyjechali negując Polskę jako wspólnotę ,której mieli by być częścią. Negując to marzenie. Podobno dla Polaka najgorzej na zachodzie, trafić na Polaka.

Małe wyspy jak blogosfera pulsują fermentem wolnej wymiany poglądów i otwartością myślenia. Absolutną większość wychowują renegackie względem marzenia o Polsce gazety, telewizje, portale. Zapada wieczór.

Polska, 18 września 2009, 19:12