Nieszczęściem obejrzałem program "Warto rozmawiać". Rzecz w sumie poszła o to, iż jedna strona chce nazywać zdarzenia związane z agresją Rosji na Polskę dosadnie, druga strona nie.

Intencje drugiej strony najlepiej reprezentował minister Czuma. Powiedział "nie kłóćmy się o słowa". "To nie słowa (którymi określamy zdarzenia) są najważniejsze tylko opis tych zdarzeń, tej rzeczywistości."

Nie rozumiem.

Jeżeli minister uważa, że słowa nie są ważne i nie ma co toczyć o nie sporu, to dlaczego TOCZY SPÓR o słowa właśnie? Czyżby rada - nie ma co toczyć sporu odnosiła się jedynie do adwersarzy i sprowadzała się do do zalecenia, żeby już nie nazywać Katynia ludobójstwem?

Nie rozumiem też dlaczego zdaniem ministra słowa jakimi nazywamy rzeczywistość nie mają znaczenia. Konieczność zawierania kompromisów parlamentarnych o "słowa" najwyraźniej dowodzi, że mają one znaczenie. Zatem albo minister NIE WIE, że słowa i określniki mają znaczenie, albo wie ale mówi coś innego z innych powodów.

W pierwszym przypadku to smutne, w drugim obrzydliwe.

I tak stajemy w rozkroku. Pomiędzy szaleństwem prawdy, bohaterstwa, tragedii, a pragmatyzmem, rozsądkiem i kalkulacją. Dokładnie w miejscu tego rozkroku znajdują się kompromisy zawierane w Sejmie dla uczczenia 70 rocznicy agresji CCCP na Polskę.